Villa Uljana 1
Siedząc
w autobusie klekoczącym się powoli po mazurskich wertepach, Maja starała się nie
wpaść w przerażenie. Co ona właściwie robiła? Jak w ogóle to się stało? Dopiero
docierało do niej, co tak naprawdę zrobiła. I robiła nadal!
A
jednocześnie, przez całe oszołomienie tempem zmian, przez przerażenie i szok, z
którego wciąż nie wyszła, przebijała się radość i tęsknota. Już od lat nie była
w domu babci, pełnym czarów i spokoju, pachnącym bezpieczeństwem i ziołami.
Babcia
Uljana zmarła z końcem zimy, zgasła jak świeca, tak mówiła mama. Choroba trwała
już od kilku lat, od pół roku babcią opiekowała się wynajęta na w tym celu pani
Agnieszka, oraz rodzina – kiedy kto miał czas. Maja czasu nie miała, bo
przecież praca, obowiązki, brak pieniędzy na tak długą podróż. No i przecież
będzie jeszcze czas, żeby odwiedzić babcię, prawda? Babcia w rozmowach
telefonicznych przyjmowała wszystkie wymówki i tłumaczenia bez słowa skargi,
przytakując, że być może na następne święta, że po wakacjach, że jak minie
zima, że wiosną to już na pewno. Przytakiwała i opowiadała, co akurat kiełkuje
albo kwitnie w ogródku.
A
potem babci już nie było i pozostała tylko pustka i żal matki, że Maja babki
nie odwiedziła ani razu dwa lata przed śmiercią. Matka oczywiście mocno to
przeżyła – ostatnie dni spędziła u boku babki w szpitalu w Olsztynie. Maja nie
miała czasu, jej firma dopinała ważny kontrakt, nie mogła przecież porzucić
obowiązków, które zapewniały jej chleb. Na pogrzeb oczywiście dotarła, choć
prawie się spóźniła – wszystko przez to, że ani ona ani P. nie mieli prawka, a
cholerne autobusy jeździły jak chciały. No a nie mogła przecież wyjechać wcześniej,
niż w ostatniej chwili.
Wbrew
stereotypowi, dzień pogrzebu był piękny – pierwszy ciepły dzień wiosny, nie tak
ciepły by zrezygnować z płaszcza, ale dość, by w powietrzu poczuć obietnicę
budzącego się życia. Maję nie zaskoczyło to wcale – babcia zawsze mówiła, że
pochowają ją w słoneczny dzień, który przyniesie rodzinie otuchę, jeśli ona
cokolwiek będzie miała na ten temat do powiedzenia. Babcia często mówiła takie
rzeczy, a choć Maja w ogóle w nie wierzyła, to wydawało jej się oczywiste, że
dzień pogrzebu będzie najpiękniejszym od miesięcy.
Ponieważ
rodzina zjechała sie po raz pierwszy od dawna z różnych części kraju i nikt nie
mógł zostać dłużej, odczytanie testamentu zaplanowano na ten sam dzień. Maja
była w szoku, jak duży majątek posiadała babcia. Najwięcej oczywiście dostała
mama Mai, jej jedyna córka – całe oszczędności babci, małą fortunę, którą babka
zgromadziła bardzo roztropnie inwestując na giełdzie. Biżuterię – zarówno tę
złotą jaki i tę o bardziej sentymentalnej wartości – babcia rozdała różnym
kobietom z rodziny, pomniejsze drobiazgi takie jak oficerska szabla jej
pierwszego męża czy kolekcję znaczków drugiego (dziadka Mai) rozdała bliżej lub
dalej spokrewnionym mężczyznom.
A
Mai babcia przeznaczyła... swój dom nad jeziorem Bełdany, który przed laty
służył jako pensjonat. Postawiła tylko warunek: Maja ma zostawić pracę w
Warszawie, która ją unieszczęśliwia i otworzyć pensjonat na nowo.
Kiedy
to usłyszała, serce na chwilę jej stanęło. Rzucić pracę? Tak, to prawda, nie
była w niej szczęśliwa, ale miała jakąś stabilizację przynajmniej. A
stabilizacja jest ważna, prawda? Nie wiedziała co zrobić. Wyszła z pokoju blada
i roztrzęsiona, P. popędził za nią.
-
I co teraz? – zapytał spokojnie, przytulając ją.
-
Nie wiem. Tak nie można. To jak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady!
-
No, i tak planowaliśmy to zrobić, kiedy będziemy mieć dość Stolicy. Czemu by
tego nie przyspieszyć?
Spojrzała
na niego zdziwiona – mówił poważnie?
-
Jasne, trzeba będzie parę rzeczy podomykać, ale Ty możesz złożyć wypowiedzenie
nawet w poniedziałek, za miesiąc będziesz wolna i pojedziesz na miejsce, ja
zajmę się resztą w Warszawie i przyjadę do ciebie tak prędko jak tylko zdołam.
Niedługo
potem Maja wraz z trzykrotnie za dużym bagażem znalazła się w busie wiozącym ją
do Mikołajek – skąd miała ją odebrać sąsiadka babci, pani Wyrzykowska. I tu
zaczyna się nasza opowieść.
Komentarze
Prześlij komentarz